Naprawdę dużym wyczynem jest zatrzymać kogoś na dłużej gitarą i głosem

2016-02-16 13:28:41 (ost. akt: 2016-02-16 13:42:10)

Łukasz Jędrys. Z pozoru prosty chłopak z Olsztyna. Jednak czy tylko? Łukasza Olsztyniacy znają przede wszystkim z olsztyńskiej starówki, na której przez kilka dobrych lat umilał wszystkim spacerowiczem pogodne popołudnia swoimi akustycznymi wykonaniami znanych przebojów, działając pod pseudonimem Naju. Obecnie częściej go można zobaczyć wieczorami w tamtejszych lokalach, jednak często bierze również udział w ogólnopolskich przeglądach i festiwalach. Rok 2015 zakończył się dla niego dużym wyróżnieniem. Stowarzyszenie Pro Kultura i Sztuka przyznało mu tytuł laureata nagrody Talent Olsztyna 2015.

Naprawdę dużym wyczynem jest zatrzymać kogoś na dłużej gitarą i głosem

Autor zdjęcia: Archiwum Prywatne

Łukaszu opowiedz nam o swoich pierwszych krokach stawianych w muzyce. Kiedy zacząłeś grać, jak powstały pierwsze utwory, jakie one były. Jak wyglądały Twoje pierwsze występy?
Zaczęło się właściwie 20 lat temu. Zostałem niejako przymusowo wysłany do szkoły muzycznej, gdzie pierwszy raz dano mi do rąk gitarę. Przyznam się, że nie zostałem fanem muzyki klasycznej i po ukończeniu I stopnia zrezygnowałem z kontynuowania tej drogi i na jakiś czas rozstałem się z instrumentem. Dopiero w wieku nastoletnim pojawiły się u mnie pierwsze muzyczne fascynacje i potrzeba, by przenieść je na gryf. Wkrótce wraz z przyjaciółmi zaczęliśmy nasze „występy” na rynku starego miasta, śpiewaliśmy razem znane polskie szlagiery. Z tych spontanicznych grupowych śpiewów narodził się zespół rockowy i tam w praktyce zacząłem podejmować pierwsze próby pisania tekstów. Były koszmarne! Do dzisiaj mam część tych wypocin w piwnicy i raz na kilka lat ze śmiechem je sobie przypominam. Ale dzięki tym fatalnym tekstom udało nam się skomponować w trymiga parę autorskich utworów i wystąpić na legendarnym w Olsztynie przeglądzie kapel „Luz Rock”. Na koncert ten przyszli niemal wszyscy nasi znajomi i w momencie, gdy weszliśmy na scenę – cały tłum wpakował się na płytę! To było niesamowite, żaden zespół na tym przeglądzie nie miał pod sceną tylu ludzi! Konferansjer się śmiał, że „zespół jak widać przybył nie tylko z własną twórczością, ale i publicznością”. Oczywiście nie dostaliśmy nawet wyróżnienia, ja nie umiałem jeszcze zbyt dobrze śpiewać, koledzy grać – wspomnienia mamy jednak na całe życie.

Nie sposób ominąć temat Twojego grania na olsztyńskiej starówce. Powiedz dlaczego to była Twoja główna działalność. Czy można dobrze zarobić takim graniem?
Starówka… temat rzeka. 10 lat grałem na ulicach nie tylko Olsztyna, ale i wielu innych miast w kraju i zagranicą. Dlaczego? Nigdy nie lubiłem się uczyć, nigdy nie ciągnęło mnie do pracy od 8:00 do 16:00, a granie dawało mi pierwsze własne pieniądze, czyli coś czego wielu moich kolegów nie miało. Nie musiałem się martwić o kieszonkowe, ani o środki na wyjazdy. Jeździłem sporo autostopem, zwiedzałem kraj, poznałem mnóstwo ciekawych ludzi, wszędzie z gitarą. W późniejszym okresie wciąż ta starówka pozwalała mi na samodzielność. Zacząłem występować po knajpach, klubach, kasa z tego nie jest duża. Dlatego też grałem na stricie szukając szans na wypromowanie siebie i swojej twórczości. Poza tym, występy na ulicy to szczególny, bezpośredni rodzaj konfrontacji swojej muzyki z ludźmi. Nie ma nagłośnienia, sceny, świateł czy otoczki. Nikt nie przychodzi jak na koncert słuchać wykonawcy, wszyscy gdzieś idą, śpieszą się. To takie starcie: muzyka kontra codzienność. Naprawdę dużym wyczynem jest by zatrzymać kogoś na dłużej jedynie gitarą i głosem. Ale jak już się to uda, to uczucie jest świetne. A te legendy o odkryciu przez producenta na ulicy dzielę przez dwa. Dostałem dziesiątki wizytówek, rozdałem dziesiątki swoich, ale jakoś nikt nie zadzwonił, ani ja się nie dodzwoniłem. Może to ja byłem cienki, a może po prostu zabrakło szczęścia.

Rok 2015 upłynął jednak w moim odczuciu bardziej pod znakiem muzyki autorskiej. Jak powstają Twoje utwory? Czy słuchacze mogą spodziewać się jakiegoś wydawnictwa z Twoją muzyką?
W zasadzie nie rok 2015, a ostatnie 6 lat. Piosenkę autorską jako taką zacząłem odkrywać koło 2009 roku. Wspomniany zespół się rozpadł, w znacznej mierze przeze mnie - nie umiałem działać drużynowo. Chciałem być dyktatorem, a nie częścią demokratycznego państwa. W jakiś sposób trafiłem wówczas na piosenkę poetycką, gdzie wszystko skupia się wokół indywidualności autora tekstów, który najczęściej jest też kompozytorem i wykonawcą. Z gitarą. Pomyślałem sobie „kurde, ja też tak bym chciał!”. Zawsze celowałem by mieć ostateczny wpływ na to, co wypuszczam, zależało mi też na tym by to co robię było szczere do bólu. A ciężko było mi osiągnąć taką szczerość pracując z innymi. Wielką wartość mają dla mnie niebanalne teksty, a nie „uouou ieiei, kocham cię, a ty mnie, bejbe!”. Warstwa tekstowa w muzyce często jest niedoceniana, zespoły skupiają się na dźwiękach, zapominając o słowie. Ja się na to nie godziłem. Zacząłem więc pisać piosenki prostsze muzycznie, zaaranżowane na samą gitarę, za to z nieobojętnym tekstem. Inspiracji do pisania nie szukam – znajdują się same. Wszystko co mnie dotknie, poruszy, zmieni, rozwinie, dojrzewa w mojej głowie przez pewien czas. Jeżeli ma wyjść z tego piosenka to przychodzi taka noc (bo to prawie zawsze jest noc), gdy siadam z gitarą i plumkając po cichu chwyty piszę tekst. Na klawiaturze komputera, choć to mało artystyczne. Za dużo skreślam, by używać papieru. No i szkoda mi lasów. Odnośnie wydawnictwa… Utworów mam mnóstwo, ale przygotowuję coś zupełnie nowego. Aktualnie staram się o dofinansowanie, jeżeli uda mi się je uzyskać, w 2016 roku nagram i mam nadzieję wydam EPkę z moimi słowami i dźwiękami. Potem puszczę ją w świat i… zobaczymy. Może jakieś „Mast bi de coś tam” ;).

W 2015 roku odniosłeś również wiele sukcesów na festiwalach ogólnopolskich. Opowiesz o tych dla Ciebie najważniejszych?
Jak śpiewa Bartek Kalinowski: „Festiwale, festiwale… ten ma talent, ten medale”. Zacząłem jeździć na te wydarzenia namówiony przez znajomego i bardzo szybko złapałem festiwalowego bakcyla. Odwiedziłem większość wydarzeń tego typu w Polsce. Do tych najważniejszych należy na pewno zaliczyć Studencki Festiwal Piosenki w Krakowie. By dostać się na tą imprezę trzeba otrzymać nagrodę na jakimś innym festiwalu, więc to swego rodzaju starcie laureatów – nie ma ludzi z ulicy. Oprócz tego bardzo miło wspominam Wschody w Lublinie, festiwal organizowany przez ludzi młodych ze świetnymi koncertami – Piotr Rogucki, Nosowska, Czesław Śpiewa, to tylko niektórzy artyści, którzy tam występowali jako gwiazdy. Ważnym festiwalem dla mnie była „Nadzieja” im. Jacka Kaczmarskiego w Kołobrzegu. Zaspałem wówczas na pociąg i pędziłem chyba pięcioma środkami transportu – autostop, blablacar, autobus… zdążyłem na scenę w ostatnim momencie i zdobyłem Grand Prix. Najfajniejsze w festiwalach jest to, że poznaje się masę ludzi: muzyków, tekściarzy, kompozytorów. Z nimi właśnie konfrontuje się swoją twórczość, spotkania te rozwijają, rozszerzają świadomość. Wielu z tych ludzi to osobowości sceniczne, o których na bank usłyszymy. Od festiwali drogę swoją zaczynali Jacek Kaczmarski, Marek Grechuta, Grzegorz Turnau, Katarzyna Groniec, ale też wspomniany już Piotr Rogucki czy Leski – teraz popularny w Radiowej Trójce, a jeszcze parę lat temu startujący gdzie się dało. Swoją drogą, tego rozdziału jeszcze nie zamykam i w 2016 roku na pewno odwiedzę jeszcze kilkanaście festiwali.

Ostatnimi czasy miałeś okazję zagrać koncert w sali kameralnej olsztyńskiego amfiteatru. Był to występ wyjątkowy, bo pierwszy raz można Cię było zobaczyć na scenie z całym zespołem. Czy częściej będzie można Cię posłuchać w takiej odsłonie? Jakie masz wrażenia po tym występie?
Pierwszy raz udało mi się namówić do wzbogacenia moich autorskich utworów innych muzyków. Powiem szczerze, że było to ciekawe przeżycie. Muzycy wykonali kawał dobrej roboty, nie mieliśmy wiele czasu na przygotowanie. Koncert ten nagraliśmy w profesjonalnej jakości, dzięki czemu mogłem go kilkanaście razy obejrzeć. I tak, po paru miesiącach od tego wydarzenia uważam, że wiele rzeczy zrobiłbym inaczej. Jestem bardzo krytyczny wobec swojej twórczości i wiele wątpliwości mam co do aranży jakie przygotowaliśmy. Mam nadzieję jednak, że ta zespołowa przygoda na tym się nie skończy. Staram się teraz poważnie przemyśleć jak tworzyć dalej, zacząłem kombinować z looperem co jeszcze bardziej oddaje kontrolę w moje ręce i czyni mnie samowystarczalnym, ale ma to swoje wady, nie wszystko da się zagrać i nie ma takiego szerokiego instrumentarium. Myślę, że w najbliższym czasie sytuacja się wyklaruje i na EPkę wkroczy już ostateczny skład, ale czy to będzie Jędrys solo, duo, trio czy quatro jeszcze nie wiem.

W grudniu na uroczystej gali organizowanej przez Stowarzyszenie Pro Kultura i Sztuka w olsztyńskim planetarium zostałeś wyróżniony jako Talent Olsztyna 2015. Co czułeś, gdy dowiedziałeś się o tym fakcie i kiedy odbierałeś tę nagrodę? Czy w związku z tym miasto pomoże Ci w dalszym rozwoju artystycznym?
Ucieszyłem się, cholera, każdy by się ucieszył. Miasto doceniło to, co robiłem przez ileś lat, moje pokazywanie się tu i ówdzie, wielokrotne występy na ulicy czy w klubach, inicjatywy kulturalne, cykle koncertów na które zapraszałem bardów z okolic Olsztyna w końcu dały jakiś wymierny skutek. Cieszę się z tego bardzo, ale dla mnie to dopiero początek. Niemniej gala była super, miło było wystąpić pod sklepieniem planetarium przy świetnych wizualizacjach. Nie wiem czy miasto dalej będzie mnie wspierać. Jak wspominałem, złożyłem podania o dofinansowanie do płyty – czy je otrzymam, okaże się niebawem.

A jak prezentują się Twoje gusta muzyczne? Czego słuchasz na co dzień, kim są Twoi ulubieni artyści? W jakim stopniu różni się to od muzyki, którą wykonujesz?
Szeroko. Od akustycznym brzmień przez typowy rock, blues, rap, soul, folk, pop - aż po ciężki rapcore. Wszystko zależy od nastroju. Wychowałem się na grunge’owych kapelach z Seattle, do dziś Pearl Jam jest moim ukochanym zespołem. Ostatnio fantastycznie słucha mi się Johna Mayera, zwłaszcza w akustycznych numerach. No i Fink - minimalizm muzyczny, a ile w tym magii. Muszę się również przyznać, że często wykorzystuję podłapane pomysły ze słuchanej przeze mnie muzyki. Czy to w kwestii brzmienia czy aranży czy nawet budowania harmonii. Ale skoro mistrzowie świata korzystają z tego co już wymyślono, to nie czuję się z tym źle. Oczywiście nikogo nie imituję, ale nie stawiam również na stworzenie czegoś czego jeszcze nie było. Muzyka, moim zdaniem, nie musi być odkrywcza, nowatorska, oryginalna czy eksperymentalna. Oryginalność tworzy się sama poprzez osobę wykonawcy. Moja muzyka musi mówić o wartościowych kwestiach poprzez dobry tekst. A do tego musi płynąć, zniewalać, czarować, zapraszać i wciągać słuchacza do mojej krainy. I zatrzymać go tam na dłużej.

Rozmawiał Łukasz Berndt





Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Komentowanie wyłączone

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB